Cześć, w końcu mam czas żeby opisać Wam jak wyglądał mój miesięczny pobyt w Portugalii.
Gdy przyszłam do mojej szkoły dowiedziałam się,że została podpisana umowa na projekt Erasmus plus. Wcześniej o tym projekcie nie wiedziałam nic,ale dowiedziałam się tylko,że jest to wyjazd do Portugalii dla 12 ekonomistów, postanowiłam,że biorę się w garść,bo muszę tam pojechać. W pierwszej klasie nie szło mi tak źle, ale przyszedł czas na drugą klasę i Panie Profesor powtarzały,że trzeba się starać bo te oceny będą brane pod uwagę Niestety drugą klasę zawaliłam totalnie, być może przez to,że lekcje trwały do 18-19 i zawsze po powrocie ze szkoły chciałam "się wyrwać" i odpocząć,wyjść gdzieś żeby nie zwariować. Na naukę nie było czasu, stąd też wpadały te okropne 3 i 4. Byłam na siebie zła,ale zmotywować się też nie mogłam. Mimo tego,że tak bardzo chciałam jechać, pozwiedzać nowe miejsca.Mogłam pocieszać się tym,że jeszcze kiedyś pojadę do Portugalii,ale to nie było to samo, to był aż miesiąc, to przyzwyczajenie się do życia w innym kraju. Ocknęło mnie kiedy pod koniec pierwszego semestru Pani oznajmiła nam,że za tydzień odbędą się egzaminy z języka angielskiego. Miały one znaczącą rolę.. od nich wszystko zależało. Pomyślałam,że zawaliłam oceny z zawodowych to chociaż wezmę się za angielski. Wróciłam do domu na weekend z książkami i pełnym zapałem niestety dostałam też złą wiadomość przez co zamiast siedzieć w książkach, siedziałam załamana cały weekend. W poniedziałek dobijałam się dodatkowo tym,że się nie nauczyłam i miałam w sobie tyle wiary,że najchętniej to bym się tylko podpisała na tym egzaminie i wyszła z sali.
Zostałam, napisałam i czekałam na wyniki..
Okazało się też,że do punktacji wliczały się oceny z pierwszej kasy-gdzie dzięki Bogu miałam 5 i 6!
Za kilka tygodni gdy podeszłam pod tablicę z wynikami okazało się,że jestem pierwszą osobą na liście rezerwowych. Stałam patrząc się i nie dowierzając. Znajomi pocieszali mnie,że zwalą kogoś ze schodów, że "załatwią" kogoś i ta osoba nie pojedzie. Oczywiście było to wszystko w żartach, chcieli mnie tym pocieszyć,ale chyba nic nie pomogło. Szanse były niewielkie. Kto by zrezygnował?
A jednak ktoś zrezygnował, za kilka dni dowiedziałam się,że pewien chłopak nie chce jechać. Najpierw płakałam ze smutku,potem ze szczęścia i tak w kółko nie dowierzając ,że można mieć w życiu takiego farta!
Początkowo myślałam,że jest to projekt dla uczniów technikum,z tego co słyszałam to i dla studentów. Podczas pobytu dowiedziałam się,że projekt ten jest aż do 35 roku życia,że zgłosić się można samemu,wyjechać do państwa z całej Europy i coś co mnie zachęciło-zostać na max 10 miesięcy! Gdy usłyszałam tą wiadomość-wiedziałam,że jeszcze z tego skorzystam. W mojej głowie pojawiało się wiele myśli. Doszłam do wniosku,że skończę technikum, zrobię sobie rok przerwy i wyjadę gdzieś,pozwiedzam trochę, zapiszę się na ten projekt i spędzę 2-3 miesiące jak się uda to może w Hiszpanii-tak, duża chęć,mniej ambicji,ale miejmy nadzieję,że kiedyś zacznę spełniać te marzenia,a nie tylko gadać. Znajomi mówią mi,że gdy zrobię sobie rok przerwy to później na studia nie wrócę, w sumie po technikum wakacje trwają 5 miesięcy i może w tym czasie gdzieś wyjadę. Mam w głowie tylko jedną myśl,którą powtarzam sobie na okrągło, wiąże się ona z tym,że chciałabym z młodości czerpać jak najwięcej, zaliczyć wiele koncertów, imprez,ale co najważniejsze dla mnie- zwiedzić jak najwięcej, zobaczyć życie w innych krajach i zamieszkać gdzieś z dala od monotonii. Czy pójdę na studia to jeden wielki znak zapytania,może kiedyś się odnajdę,ale teraz powrócę do Erasmusa.
|| koszt wyjazdu, praktyka, czas wolny ||
Planowany był wylot 31 sierpnia, a już w czerwcu pani wróżka widząc mnie i mojego kolegę,który ze mną leciał powtarzała "trup i nieboszczyk", przez te słowa prawie każda myśl o wyjeździe kończyła się łzami w oczach,a dzień przed wyjazdem zalałam się płaczem myśląc o tym,że coś się stanie i nigdy tu nie wrócę,nawet pisząc teraz ten post czuję jak łzy napływają mi do oczu. Był to mój pierwszy lot samolotem,więc pomysłów na katastrofę było wiele, przecież ktoś mógł nas wysadzić,moglibyśmy spaść, to to to tamto i podczas startu krzyczałam na cały samolot. Zaraz się uspokoiłam,a wychodząc z samolotu... nawet nie potrafię wam tego opisać co to było za szczęście,ale wiedziałam,że dobre dopiero się zaczyna...
Wyjechaliśmy tam zupełnie za darmo i
dodatkowo dostaliśmy z projektu 250euro. Życie tam według mnie jest
bardzo tanie, porównując fakt,że można kupić batona za 2euro i spodnie
za 15 widać od razu różnicę pomiędzy cenami w Polsce,gdzie batona
również kupimy za 2zł,ale spodnie już za min.80.
Praktyka
trwała 3 tygodnie, tzn. 15 dni bo tylko w dni robocze, a 15 dni
mieliśmy dla siebie, trochę pozwiedzaliśmy,pojechaliśmy nad ocean,ale
najbardziej podobało nam się gdy mogliśmy zostać cały dzień na campusie,
wstać,poopalać się,kąpać się cały dzień w basenie, pograć w siatkę czy w
piłkę nożną. Czasem brakowało nam dnia na wszystko. Uwielbiałam kąpać
się w nocy w basenie ze znajomymi czy grać całą grupą na zewnątrz w
karty do godziny 24 przykryci kocami,mimo tego,że rano trzeba było wstać
na praktykę. No właśnie...jak to wszystko wyglądało? Po śniadaniu
podjechaliśmy busem do centrum i tam każdy rozdzielał się na dwuosobowe
grupki i szedł do swojej firmy. W Portugalii mało kto rozmawia w języku
angielskim. W naszej firmie na szczęście trafił się szef,który potrafił
powiedzieć nam co nieco. Wszyscy wiedzą,że najważniejsze jest pierwsze
wrażenie,a ja nie mogłam sobie darować co odwaliłam pierwszego dnia. Gdy
przyszłyśmy z koleżanką do firmy, szef podszedł,przywitał się i zapytał
jak się nazywamy, podałam rękę odpowiadając "OLA", następnie on
spojrzał się dosyć dziwnie co skłoniło mnie do szybkich przemyśleń i
odpowiedział "OLA" ,następnie przedstawiła się koleżanka. Walnęłam się w
głowę, w Portugalii ola-oznacza cześć, a ja z przyzwyczajenia nie
powiedziałam,że Aleksandra,no ale cóż..
Jeżeli
chodzi o robotę w pracy to nie robiłyśmy nic ciężkiego, dobra nie będę tak mówić
bo czasem obsługiwałam dziurkacz,segregowałam papierki,jak to ekonomistka. Siedziałyśmy w firmie 2
godziny,później szłyśmy do restauracji gdzie już czekali na nas znajomi
na dwugodzinny lunch i wracałyśmy jeszcze na godzinę.
Jedyne
co mnie śmieszyło to fakt,że nasz szef wołał nas po czym wpisywał w
translatorze jakieś pytania, a wiadomo jak to w translatorze. Włączał
nam portugalskie piosenki przy czym napisał " przeszkadzać wam jak
piosenki mówią?" a teraz przypomina mi się jak napisał wielką wypowiedź,
przy czym zanim zrozumiałyśmy z koleżanką o co chodzi bo musiałyśmy się
domyślić połowy słówek to usuwał i pisał od nowa bo nie
odpowiedziałyśmy,że rozumiemy. Ogólnie z praktyki jestem bardzo
zadowolona, nie dlatego,że nic nie robiłam,tylko dlatego,że mogłyśmy
porozmawiać z naszym szefem o ich państwie, przy tym trochę
opowiedziałyśmy o swoim.
| Co zdziwiło nas wszystkich? |
Chyba najbardziej to,że ludzie tam są bardzo uprzejmi i pomocni. Nasza opiekunka zrobiła nam taką grę,dała nam na kartce jakieś zadania,żeby np. odnaleźć jakiś kościół. Podzieliliśmy się na grupy i jak wiadomo w wielu przypadkach musieliśmy prosić przechodniów o pomoc i wiecie co? zdarzało się,że ludzie zaprowadzali nas w to miejsce,mimo tego,że szli gdzie indziej, zostawiali swoją grupę i poszli z nami.
Tak
samo było z naszym szefem. Zapytałam raz czy wie gdzie są dobre
czekolady po czym powiedział "come on, i'll show you" po czym wzięłyśmy
torebki, a on wyszedł z nami z pracy żeby zaprowadzić nas na do centrum i
pokazać sklep.
Mimo wszystko chyba
najbardziej zszokowaliśmy się jazdą, wiecie,ze tam nie ma sygnalizacji
świetlnych? to teraz wyobraźcie sobie jacy wariaci tam jeżdżą! Prawie
każdy samochód jest obtłuczony, nasz kierowca nie raz zatrzymywał się
autobusem NA RONDZIE żeby nasz kolega mógł wsiąść, miał też tatuaż "on
the road im free" i za kilka dni stłuczkę,ale czy to ważne? to normalka
:)
|| Z czego nie byłam zadowolona? ||
A raczej byłam tam,ale nie po powrocie
haha. JEDZENIE! Przez cały miesiąc na śniadaniu czekały na nas płatki i
bułki z serem-nie wierzyłam,że dla mnie ser może być do obrzydzenia.
Obiady były tak wyśmienite.. mieliśmy szwedzki stół, każdy brał tacki i
szedł... najpierw przez stoisko z ciastami (zazwyczaj jakies 3 do
wyboru), z owocami, później warzywami, napojami i na końcu standardowo
ryż,frytki, ziemniaki,ryba, i dodatkowo codziennie jakieś inne
mięso,pizza, czy inne pyszności. Najgorsze było to,że na kolacje nie
jedzą tak ja my, mało żeby dobrze się spało- jedzą tak jakby drugi
obiad, czyli znów do syta, frytki na obiad,frytki na kolacje i wróciłam z
kilkoma kilogramami więcej,ale przecież byłam na wakacjach-co miałam
sobie żałować.
Minął
tydzień a ja tęsknie, najgorsze jest właśnie
przyzwyczajenie się do ludzi. Do ludzi z daleka, i mimo,że wiem,że
poznając takie osoby będę bardzo cierpieć i żałować to chcę ich
poznawać,chcę poznawać ludzi z innych krajów, z przyjaciółmi z Chorwacji
już to przeżyłam, z tymi też dam radę...
Na komputerze mam kilka tysięcy zdjęć i ogromny problem z wybraniem tych najciekawszych,bo chciałabym pokazać Wam tyle rzeczy,nie lubię się ograniczać w dodawaniu zdjęć,ale chyba i tak już przesadziłam. Na końcu dodam Wam lekki mix,bo wiadomo,że żadne słowa nie ukażą tego jak było pięknie, trzymajcie się,papa :*
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~




Sliczne zdjęcia i super post!
OdpowiedzUsuńZapraszam do mnie
http://klaudiaczyzewska.blogspot.com/?m=1