środa, 12 października 2016

Miesiąc w Portugalii czyli ERASMUS+

Cześć, w końcu mam czas żeby opisać Wam jak wyglądał mój miesięczny pobyt w Portugalii.
Gdy przyszłam do mojej szkoły dowiedziałam się,że została podpisana umowa na projekt Erasmus plus. Wcześniej o tym projekcie nie wiedziałam nic,ale dowiedziałam się tylko,że jest to wyjazd do Portugalii dla 12 ekonomistów, postanowiłam,że biorę się w garść,bo muszę tam pojechać. W pierwszej klasie nie szło mi tak źle, ale przyszedł czas na drugą klasę i Panie Profesor powtarzały,że trzeba się starać bo te oceny będą brane pod uwagę  Niestety drugą klasę zawaliłam totalnie, być może przez to,że lekcje trwały do 18-19 i zawsze po powrocie ze szkoły chciałam "się wyrwać" i odpocząć,wyjść gdzieś żeby nie zwariować. Na naukę nie było czasu, stąd też wpadały te okropne  3 i 4. Byłam na siebie zła,ale zmotywować się też nie mogłam. Mimo tego,że tak bardzo chciałam jechać, pozwiedzać nowe miejsca.Mogłam pocieszać się tym,że jeszcze kiedyś pojadę do Portugalii,ale to nie było to samo, to był aż miesiąc, to przyzwyczajenie się do życia w innym kraju.  Ocknęło mnie kiedy pod koniec pierwszego semestru Pani oznajmiła nam,że za tydzień odbędą się egzaminy z języka angielskiego. Miały one znaczącą rolę.. od nich wszystko zależało. Pomyślałam,że zawaliłam oceny z zawodowych to chociaż wezmę się za angielski. Wróciłam do domu na weekend z książkami i pełnym zapałem niestety dostałam też złą wiadomość przez co zamiast siedzieć w książkach, siedziałam załamana cały weekend.  W poniedziałek dobijałam się dodatkowo tym,że się nie nauczyłam i miałam w sobie tyle wiary,że najchętniej to bym się tylko podpisała na tym egzaminie i wyszła z sali.
Zostałam, napisałam i czekałam na wyniki..
Okazało się też,że do punktacji wliczały się oceny z pierwszej kasy-gdzie dzięki Bogu miałam 5 i 6!
Za kilka tygodni gdy podeszłam pod tablicę z wynikami okazało się,że jestem pierwszą osobą na liście rezerwowych. Stałam patrząc się i nie dowierzając. Znajomi pocieszali mnie,że zwalą kogoś ze schodów, że "załatwią" kogoś i ta osoba nie pojedzie. Oczywiście było to wszystko w żartach, chcieli mnie tym pocieszyć,ale chyba nic nie pomogło. Szanse były niewielkie. Kto by zrezygnował?
A jednak ktoś zrezygnował, za kilka dni dowiedziałam się,że pewien chłopak nie chce jechać. Najpierw płakałam ze smutku,potem ze szczęścia i tak w kółko nie dowierzając ,że można mieć w życiu takiego farta!
Początkowo myślałam,że jest to projekt dla uczniów technikum,z tego co słyszałam to i dla studentów. Podczas pobytu dowiedziałam się,że projekt ten jest aż do 35 roku życia,że  zgłosić się można samemu,wyjechać do państwa z całej Europy i coś co mnie zachęciło-zostać na max 10 miesięcy! Gdy usłyszałam tą wiadomość-wiedziałam,że jeszcze z tego skorzystam. W mojej głowie pojawiało się wiele myśli. Doszłam do wniosku,że skończę technikum, zrobię sobie rok przerwy i wyjadę gdzieś,pozwiedzam trochę, zapiszę się na ten projekt i spędzę 2-3 miesiące jak się uda to może w Hiszpanii-tak, duża chęć,mniej ambicji,ale miejmy nadzieję,że kiedyś zacznę spełniać te marzenia,a nie tylko gadać.  Znajomi mówią mi,że gdy zrobię sobie rok przerwy to później na studia nie wrócę, w sumie  po technikum wakacje trwają 5 miesięcy i może w tym czasie gdzieś wyjadę. Mam w głowie tylko jedną myśl,którą powtarzam sobie na okrągło, wiąże się ona z tym,że chciałabym z młodości czerpać jak najwięcej, zaliczyć wiele koncertów, imprez,ale co najważniejsze dla mnie- zwiedzić jak najwięcej, zobaczyć życie w innych krajach i zamieszkać gdzieś z dala od monotonii. Czy pójdę na studia to jeden wielki znak zapytania,może kiedyś się odnajdę,ale teraz powrócę do Erasmusa.

|| koszt wyjazdu, praktyka, czas wolny ||
Planowany był wylot 31  sierpnia, a już w czerwcu pani wróżka widząc mnie i mojego kolegę,który ze mną leciał powtarzała "trup i nieboszczyk", przez te słowa prawie każda myśl o wyjeździe kończyła się łzami w oczach,a dzień przed wyjazdem zalałam się płaczem myśląc o tym,że coś się stanie i nigdy tu nie wrócę,nawet pisząc teraz ten post czuję jak łzy napływają mi do oczu.  Był to mój pierwszy lot samolotem,więc pomysłów na katastrofę było wiele, przecież ktoś mógł nas wysadzić,moglibyśmy spaść, to to to tamto  i podczas  startu krzyczałam na cały samolot. Zaraz się uspokoiłam,a wychodząc z samolotu... nawet nie potrafię wam tego opisać co to było za szczęście,ale wiedziałam,że dobre dopiero się zaczyna...
Szczerze to nawet nie wiem od czego zacząć, dojechaliśmy na miejsce,a pod naszym campusem czekała już grupa młodych osób, wyszliśmy witając się po angielsku, a usłyszeliśmy tylko "cześć,my też z Polski",przez pierwsze 2 tygodnie razem z nami w ośrodku mieszkały 3 grupy z Polski, następnie przyjechała grupa ze Słowacji,Włoch i Turcji, szczerze to bardziej zależało mi na znajomościach z obcokrajowcami i dobrze się z nimi zintegrowaliśmy.Ze Słowakami nie było problemu, mają język strasznie podobny do naszego tylko dużo zmiękczony, często śmiałam się z ich akcentu. Z włoską grupą dogadaliśmy się świetnie, łamanym angielskim rozmawialiśmy prawie ciągle i często do mojej grupy mówiłam z przyzwyczajenia w języku angielskim.Natomiast jeżeli chodzi o Turków to nie dowiedziałam się nic o ich państwie i życiu tam,ponieważ pisali tylko o tym czy chcę wyjechać z nimi do Turcji-to chyba dzięki blond włosom,ale miłość wyznawali mi od razu. 
Wyjechaliśmy tam zupełnie za darmo i dodatkowo dostaliśmy z projektu 250euro. Życie tam według mnie jest bardzo tanie, porównując fakt,że można kupić batona za 2euro  i spodnie za 15 widać od razu różnicę pomiędzy cenami w Polsce,gdzie batona również kupimy za 2zł,ale spodnie już za min.80.
Praktyka trwała 3 tygodnie, tzn. 15 dni bo tylko w dni robocze, a 15 dni mieliśmy dla siebie, trochę pozwiedzaliśmy,pojechaliśmy nad ocean,ale najbardziej podobało nam się gdy mogliśmy zostać cały dzień na campusie, wstać,poopalać się,kąpać się cały dzień w basenie, pograć w siatkę czy w piłkę nożną. Czasem brakowało nam dnia na wszystko. Uwielbiałam kąpać się w nocy w basenie ze znajomymi czy grać całą grupą na zewnątrz w karty do godziny 24 przykryci kocami,mimo tego,że rano trzeba było wstać na praktykę. No właśnie...jak to wszystko wyglądało? Po śniadaniu podjechaliśmy busem do centrum i tam każdy rozdzielał się na dwuosobowe grupki i szedł do swojej firmy. W Portugalii mało kto rozmawia w języku angielskim. W naszej firmie na szczęście trafił się  szef,który potrafił powiedzieć nam co nieco. Wszyscy wiedzą,że najważniejsze jest pierwsze wrażenie,a ja nie mogłam sobie darować co odwaliłam pierwszego dnia. Gdy przyszłyśmy z koleżanką do firmy, szef podszedł,przywitał się i zapytał jak się nazywamy, podałam rękę odpowiadając "OLA", następnie on  spojrzał się dosyć dziwnie co skłoniło mnie do szybkich przemyśleń i odpowiedział  "OLA" ,następnie przedstawiła się koleżanka. Walnęłam się w głowę, w Portugalii ola-oznacza cześć, a ja z przyzwyczajenia nie powiedziałam,że Aleksandra,no ale cóż..
 Jeżeli chodzi o robotę w pracy to nie robiłyśmy nic ciężkiego, dobra nie będę tak mówić bo czasem obsługiwałam dziurkacz,segregowałam papierki,jak to ekonomistka. Siedziałyśmy w firmie 2 godziny,później szłyśmy do restauracji gdzie już czekali na nas znajomi na dwugodzinny lunch i wracałyśmy jeszcze na godzinę.
Jedyne co mnie śmieszyło to fakt,że nasz szef wołał nas po czym wpisywał w translatorze jakieś pytania, a wiadomo jak to w translatorze. Włączał nam portugalskie piosenki przy czym napisał " przeszkadzać wam jak piosenki mówią?" a teraz przypomina mi się jak napisał wielką wypowiedź, przy czym zanim zrozumiałyśmy z koleżanką o co chodzi bo musiałyśmy się domyślić połowy słówek to usuwał i pisał od nowa bo nie odpowiedziałyśmy,że rozumiemy.  Ogólnie z praktyki jestem bardzo zadowolona, nie dlatego,że nic nie robiłam,tylko dlatego,że mogłyśmy porozmawiać z naszym szefem o ich państwie, przy tym trochę opowiedziałyśmy o swoim.



| Co zdziwiło nas wszystkich? |

Chyba najbardziej to,że ludzie tam są bardzo uprzejmi i pomocni. Nasza opiekunka zrobiła nam taką grę,dała nam na kartce jakieś zadania,żeby np. odnaleźć jakiś kościół. Podzieliliśmy się na grupy i jak wiadomo w wielu przypadkach musieliśmy prosić przechodniów o pomoc i wiecie co? zdarzało się,że ludzie zaprowadzali nas w to miejsce,mimo tego,że szli gdzie indziej, zostawiali swoją grupę i poszli z nami.
Tak samo było z naszym szefem. Zapytałam raz czy wie gdzie są dobre czekolady po czym powiedział "come on, i'll show you" po czym wzięłyśmy torebki, a on wyszedł z nami z pracy żeby zaprowadzić nas na do centrum i pokazać sklep.
Mimo wszystko chyba najbardziej zszokowaliśmy się jazdą, wiecie,ze tam nie ma sygnalizacji świetlnych? to teraz wyobraźcie sobie jacy wariaci tam jeżdżą! Prawie każdy samochód jest obtłuczony, nasz kierowca nie raz zatrzymywał się autobusem NA RONDZIE żeby nasz kolega mógł wsiąść, miał też tatuaż "on the road im free" i za kilka dni stłuczkę,ale czy to ważne? to normalka :)

|| Z czego nie byłam zadowolona?  ||
A raczej byłam tam,ale nie po powrocie haha. JEDZENIE! Przez cały miesiąc na śniadaniu czekały na nas płatki i bułki z serem-nie wierzyłam,że dla mnie ser może być do obrzydzenia. Obiady były tak wyśmienite.. mieliśmy szwedzki stół, każdy brał tacki i szedł... najpierw przez stoisko z ciastami (zazwyczaj jakies 3 do wyboru), z owocami, później warzywami, napojami i na końcu standardowo ryż,frytki, ziemniaki,ryba, i dodatkowo codziennie jakieś inne mięso,pizza, czy inne pyszności. Najgorsze było to,że na kolacje nie jedzą tak ja my, mało żeby dobrze się spało- jedzą tak jakby drugi obiad, czyli znów do syta, frytki na obiad,frytki na kolacje i wróciłam z kilkoma kilogramami więcej,ale przecież byłam na wakacjach-co miałam sobie żałować.
W dniu wyjazdu od samego rana usiadłyśmy z przyjaciółką na takich skałach patrząc na widok naszego miasta, ośrodka, zaczęłyśmy płakać.Posiedziałyśmy  w ciszy i  nie mogłyśmy wbić sobie do głowy,że to już koniec, że już więcej nie spotkamy tych ludzi,że już nigdy tego nie powtórzymy.
Minął tydzień a ja tęsknie, najgorsze jest właśnie przyzwyczajenie się do ludzi. Do ludzi z daleka, i mimo,że wiem,że poznając takie osoby będę bardzo cierpieć i żałować to chcę ich poznawać,chcę poznawać ludzi z innych krajów, z przyjaciółmi z Chorwacji już to przeżyłam, z tymi też dam radę...

Na komputerze mam kilka tysięcy zdjęć i ogromny problem z wybraniem tych najciekawszych,bo chciałabym pokazać Wam tyle rzeczy,nie lubię się ograniczać w dodawaniu zdjęć,ale chyba i tak już przesadziłam. Na końcu dodam Wam lekki mix,bo wiadomo,że żadne słowa nie ukażą tego jak było pięknie, trzymajcie się,papa :*


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~







 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

1 komentarz :

  1. Sliczne zdjęcia i super post!
    Zapraszam do mnie
    http://klaudiaczyzewska.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.